niedziela, 9 czerwca 2013

Dzień bez deszczu to dzień stracony...





Jako, że nie padało już trzy dni, a od wczoraj mamy nawet kawałek słońca nad miastem, postanowiono urządzić w przecudnych, niedostępnych zwykle dla maluczkich, ogrodach polskiej ambasady, piknik z okazji Dnia Dziecka. Nazwany tak po światowemu Dniem Rodzinnym.
Jesteśmy stałym bywalcami tego typu imprez, można spotkać znajome twarze, posłuchać pięknej polskiej mowy nieznajomych, a dzisiaj, nawet coś przekąsić. Tym samym chciałam przeprosić, że ciasto było kupne. Dostałam wychodne od pieca i postanowiliśmy z rodziną zjeść Śniadanie Mistrzów przy Wełtawie, by Najlepszy Mąż Świata zobaczył co tu się działo, gdy on balował po Bukaresztach i innych Kischinauach . Bo, choć woda opada, wrażenie nadal jest makabryczne.










Wracając do milszych rzeczy, a place to go: Bella Vida http://www.bvcafe.cz/ .  Tarasik, widoczek, słoneczko, kaweczka i….. miła obsługa! Polecam. Największe Marudy wprowadza w dobry humor.

Ale miało być o pikniku. Bułeczka za nic ma godziny rozpoczęcia tego rodzaju eventów i postanowiła dłużej podrzemać. Gdyby piknik był o siódmej rano, na bank by wstała na czas!  Kto miał w życiu więcej kontaktu z dziećmi niż oglądanie reklamy z bobaskiem Gerbera w telewizji, wie, iż brzdąca śpiącego się nie rusza, gdyż nie obudzimy wówczas rozkosznego bobaska, lecz wściekłego orka z Władców Pierścieni.

 Czekaliśmy grzecznie i na polski spęd dotarliśmy z opóźnieniem. Za to z dzidziusiem w humorze. 


Na konkursy zdążyliśmy. Donoszę, iż zgarnęłyśmy z Dużą pierwsze miejsce w walce o hula hop, a Najlepszy Mąż Świata nie upadł skacząc w worku, czego nie można powiedzieć o wszystkich biorących udział w tej konkurencji. Jednocześnie zgłaszam protest, naszą nagrodą była czekoladka. Ta sama dla wszystkich. A na dodatek, ja nie mogę teraz spożywać wyrobów z mlekiem w proszku!  Bardzo demotywujące. Był to ostatni raz, gdy skakałam i tańczyłam publicznie za czekoladkę! 

Byłoby extra, bo dobrego żarełka było w bród, muzyka na żywo, przedstawienie Trampoliny, i loteria, gdzie każdy los wygrywał, gdyby nie.... oberwanie chmury. Dawno w Pradze nie padało… Lunęło tak, że biegusiem, zakosami po pięknych ogrodach towarzystwo ubrane na biało, pędziło w kierunku kawałka zadaszenia. Dzieci, wózki, mamusie, tatusiowie, kto żyw, gnał przed siebie. Zrobił się zator w drzwiach, co nie poprawiło sytuacji, a potem ubiliśmy kilkaset osób w małej salce.
Mokre ciała parowały, panie obsługujące loterię ratując sytuację, zaczęły rozdawać czekolady na prawo i lewo. Duża wyszabrowała nawet książkę po czesku choć po czesku nie czyta… Gdy się zorientowała, poszła reklamować i wymieniła na, bardzo jej potrzebny, różowy długopis Barbie. 


 A Bułeczka zdecydowała, że jest to wyśmienity moment na wypróżnienie jelit, co też radośnie zrobiła. W końcu dzień rodzinny! Ale to by było na tyle z trzymania fasonu w Ambasadzie...



Ogrody piękne, znajomi dopisali, organizacja na dużą piątkę z plusem. Dziękujmy! I ciężko nam na duszy, na myśl,  że za rok będziecie się bawić bez nas....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz