Czasami warto podnieść głowę by zobaczyć:
Anioły, które schroniły się przed słońcem, lub nadmiernie wymagającymi ludźmi...
A może to orły...?
Bobaski brudne po zabawie w piaskownicy:
Kobiety w pracy...
Oraz parę niepokojących istot...
Ostatnie 100 dni w Pradze. Opuścić swoje miejsce na świecie z podniesioną głową. Blog o Pradze, Czechach i pożegnaniu z nimi.
wtorek, 21 maja 2013
niedziela, 19 maja 2013
Niedziela będzie dla nas
Piękny dzień, piękna pogoda i super wystawa. http://neviditelna.cz/en/
Nie weszłam z Bułeczką, chyba byłby dla niej hard core, ponad
godzina po ciemku i czeski dookoła. Czekałam z Matką Wandzi na pięknym dziedzińcu,
podczas gdy nasze dzieci sprzedałyśmy, trochę na krzywy ryj,
najsympatyczniejszej polsko-czeskiej rodzince. Podobno było niesamowicie.
Zacytuję maminkę:
- Ciemność absolutna.
Na ponad godzinę przenieśli się w
codzienny świat niewidomych. Byli w domu, dotykali sprzętów, nawet ubikację zaliczyli. Potem na ulicy; w barze zamówili sobie kawkę; w lesie,
przeskakiwali przez prawdziwy strumyk.
Przewodnikiem była niewidoma od urodzenia dziewczyna, która na
początku wizyty nadała im numerki i kolejno pytała o imiona:
- Numer jeden?
- Jola
- Numer dwa?
- Gaja
- Numer trzy
- Nie wiem – krzyknęła Ania i zwiała z wystawy.
Rozumiem ją, chyba też bym nie dała rady. Bułeczka była tylko
wymówką.
Duża okazała się odwagą i dobrym uchem, Rozpoznawała podobno
bezbłędnie różne dźwięki, łącznie, z pewnym miłym zwierzątkiem, które tutaj
jest obelgą. Ale, kto tam Czechów zrozumie, że nasza świnia to ich prase, a ich
świnia to po prostu kanalia. I krzyknęła radośnie, że to świnia, a wszyscy w
śmiech. Pewnie, nie po raz pierwszy pomyślała sobie, że dziwni ci Czesi...
Ogólnie była zachwycona, jestem pod wrażeniem jej stalowych
nerwów. Zresztą wszyscy wyszli pełni podziwu dla niewidomych, których w Pradze,
widać! Respect.
Z rzeczy polecanych, to muszę wspomnieć o nowej
restauracji przy Detskym Ostrovie:
W końcu ktoś się za nią wziął. Zniknęły
sieci rybackie, pirackie kapelusze, niemili kelnerzy i podłe żarcie. Są szynki
hiszpańskie, pachnące tapas, piękne azulejos i pyszna zupa pomidorowa. I
piwnica win z klimatyzacją. Nie wspominając o, bezsprzecznie, najlepszym, latte
w Pradze. Ceny, bardziej niż przyzwoite. Jednym słowem: it’s a must! Pantery,
idziemy nam na pewno!
P.S. Blogger świruje i nie ładuje zdjęć... Akurat w temacie.
sobota, 18 maja 2013
Sport sport sport - post wczorajszy, posteponed
Kocham Czechów za wiele rzeczy, jedną z nich jest wszechstronne usportowienie. I, nie nasze polskie, kanapowe, skąd trenujemy reprezentację piłki nożnej, lecz to aktywne, gdzie ćwiczy się więcej niż mięśnie języka. Sportuje każdy, choć może to być jazda kilometr na piwko. Od małego. Po prostu zamiast piva biorą kofolę (czeską polokoktę) z tatinkiem. A na nartach jeżdzą dzieci w pieluchach. Szok! Nie gadają o sporcie, uprawiają go. A piłkę nożną tylko lubią, nie ma psychofanów...
Nieźle dostaliśmy w tyłek rok temu w czerwcu. A miało być tak pięknie...
Poszliśmy wtedy na Staromak, gdzie Polski Instytut zrobił event, ustawili telebimy i zaprosili wszystkich do sportowej zabawy. Umówmy się, tamtego wieczoru dobrze bawili się tylko Czesi.
I dzieci:
Ale ogólnie fusbal nie jest ich sportem narodowym. Liczy się tylko HOKEJ! Gdyby w Polsce był odpowiedni klimat, może też byśmy w to hrali... Ale u nas na plażach trudno o lód...
Dziś żałoba , przegrali.
Nic jsme tady nedokázali, nikdo z nás nemůže být spokojený, přiznává Plekanec.
Kapitan reprezentacji nie obwinia zbyt zimnego lodu, czy nie zamkniętego dachu. Bierze to na klatę. Gdy Czesi grają z Rosją, zrezygnowani managerowie, wiedzą, ze lepiej udostępnić pracownikom TV. I tak będą oglądać na necie, więc lepiej udać management z friendly face. Plekanec, swoją drogą, to wielka hvězda, nie tylko hokeja. Taki trochę celebrity z daleka, gdyż na co dzień gra w Kanadzie. W 2011 wziął ślub z Lucią Vondrackovą. Też piosenkarką, ale bratanicą tej od dzbanków. Aż tak się nie ostrzykała... Tacy czescy Beckhamowie. Grr!
No, i jak zwykle, nie zdążyłam opisać połowy tego, co chciałam. To be continued!
piątek, 17 maja 2013
Thank God it's Pátek
Dzień zaczął się wcześnie...
4.30 Bułeczka postanawia poćwiczyć arie operowe, radość życia ją przepełnia...
5.30 Udaję, że nie słyszę, nie proszę o BIS, zamykam oczy. Śpiew trwa. Nakładam poduszkę na głowę. Śpiew trwa.
6.30 Śpiew ustaje, Diwa przymyka w końcu oczka i dziób i zasypia. Zmęczona wrażeniami artystycznymi padam na poduszkę.
7.00 Dzwoni budzik. Tylko zamknięte okno ratuje go przed spotkaniem z asfaltem. Śpię dalej. Najwyżej Duża nie pójdzie do szkoły!
8.30 Otwieram oko, diwa nadal regeneruje się po koncercie. Idę sprawdzić co robi Duża. Spodziewam się ją znaleźć z szatańskim uśmiechem na kanapie w Ipadem na kolanach.
Znajduję to:
Są momenty w życiu każdej mamy, że można tylko siąść i łzę uronić, jak fantastycznego człowieka się wychowało!
9.30-11.30 Planowanie przyjemności i prezentów dla Dużej.
12.30 Duża proponuje by jechać do Chana na haircut na rowerach, tyle, że mój nie ma powietrza w kołach. Oferuje mi więc, kupioną za pieniądze komunijne hulajnogę... Dziś nie mogę odmówić.
13.30 Wyjście do Chana. Zjazd Holeckovą po kocich łbach na plastikowych kółkach hulajnogi. Uczucie porównywalne z dniówką na młocie pneumatycznym. Dłonie mi drżą do teraz.
14.00 Chan
Wiem, jak długo czekano na to zdjęcie...
14-15 Rozmowa z Chanem o Najlepszym Mężu Świata, odpowiadanie na milion pytań o jego zdrowie, poziom zmęczenia oraz plan następnej wizyty w Pradze.... W przerwach na wdech, obcina mi włosy. Unbelievable!
15.00 Hulajnoga w rękę, kierunek : zmrzlina v Slavii dla mojej dzielnej córeczki w bardzo miłym towarzystwie.
16.30 Odbiór Bułeczki i usiłowanie przekonać jej, że drzemka popołudniowa to dobra rzecz.
19.00 Diwa zasypia.
20.00 Pyszna kolacyjka dla Królowej Dnia.
A jutro polska szkoła....
Mam nadzieję, że opera w weekendy gra tylko wieczorami.
czwartek, 16 maja 2013
Chceš se mnou kamarádit?
Dzisiaj będzie o koleżankach. Fenomenie, który poznałam
dopiero w Czechach. Koleżanka z przedszkola, ewentualnie ze szkoły, ale
koleżanka w dorosłym życiu? Brzmi podejrzanie...
Trudno być przyjaźnie nastawionym do koleżanek, bo koleżanka
często okazuje się być czymś zupełnie innym. Szczególnie koleżanka męża z pracy.
Albo koleżanki-Warszawianki Pchły Szachrajki...
Znana mi
samica Alfa uknuła nawet termin na takie: koleżaneczki.
Każdy z nas je zna. Lepiej kobrę na swojej drodze spotkać!
W Polszy to albo przyjaciółka, albo znajoma. Koleżanki stały
się gatunkiem zagrożonym. Może kilka sztuk żyje jeszcze w Puszczy Białowieskiej,
ale Adam Wajrak nie opisuje ich
zwyczajów, więc pewnie ich jeszcze nie wytropił.
A tutaj koleżanki mają się dobrze. Kamaradki, raczej. Jestem
dumną posiadaczką grupy českých kamarádek. A raczej one mnie posiadają w roli
pupila, który zawsze rozśmieszy. Mój czeski na urlopie macierzyńskim cofa się w
tempie topnienia lodów na Alasce. Smażę takie kwiatki, że mocno zastanawiają się co poeta miał na myśli. Szczególnie po jednym małym piwie, które teraz
szumi mi w głowie przez półtorej godziny. Kiedyś spotykałyśmy się w pracy i po
pracy. Teraz żadna z nas nie pracuje w firmie, w której się poznałyśmy, ale
spotykamy się nadal. Nie dzwonimy do siebie w międzyczasie. Co dwa tygodnie w
środę jest hospoda, tam omawia się wszystko. Zero lansu, nie ma szykowania się
do wyjścia. Dżinsy, i koszulka, chodzi o to, żeby pogadać, nie podobać się
gościowi w barze. Pośmiać się, pogadać o wszystkim, byle nie o dzieciach i
rozejść się przed północą by metrem dojechać do domu. Oczywiście wersja dla
matek karmiących jest krótsza. Nie obgadujemy nieobecnych, nie patrzymy ile kto
przytył. Fajna sprawa. Nie, nie przyjaźnimy się. Po prostu lubimy wyjść razem
na piwo. Wydaje mi się, że u nas tylko faceci korzystają z przywileju
koleżeństwa. Chodzą przecież z kolegami na piwo. Bo my z przyjaciółką możemy przecież i z dziećmi w domu u któreś
pogadać. A właśnie, że NIE! Czas wyjść
na miasto drogie kamaradki! W damskim gronie, bez facetów, bez telefonów, żeby
nieprzyzwyczajony mąż nie dzwonił by
poinformować, że mały nadal płacze. Jeżeli nie ma przyjaciółki pod ręką, bo
akurat pisze bloga w Pradze, nie czekać. Brać pod pachę koleżankę i śmigać na miasto!
To jest niezbędne by zachować zdrowie psychiczne!
P.S. Pierwszy cytat, który wyświetlił mi się w googlach mówi
wszystko o naszym stosunku do koleżanek:
A Praga moja taka piękna...
P.S. 2 Moje koleżanki na wieść, że wyjeżdżam postanowiły robić meeting minutes środowych hospod... a może to przyjaźń... Zainteresowanym dam do wglądu!
A może to kochanie...?
poniedziałek, 13 maja 2013
Jdi do hajzlu, vole!
W zamierzchłych czasach, gdy wilki po Katowicach biegały, a
ja pracowałam jako lektor języków obcych, raz w roku robiłam lekcję o
przekleństwach. Czas więc na hezky česky. Nie zarobiłabym wiele, bieda w tym zakresie okrutna.
Słowa niby są, ale nikt ich nie używa. Nie raz podenerwowana pytałam z
wypiekami na twarzy, na fajce w pracy po meetingu z korpoludem, jak powiedzieć, żeby ktoś się odp…ił, czy też spierd…ał,
bądź po prostu się odczepił. Nie, żebym chciała komuś rzucić, ale gdyby mi rzucono oczywiście.
Odpowiedź niezmienna: Jdi
do prdele. Ten perdel to dupa nasza,
nie satysfakcjonowało mnie to. Myślałam, że koleżanki w pracy mam grzeczne po
prostu, ale nie. Nic ostrzejszego nieexistuje.
Jasne, że jest nasza: kur.a,
pisana elegancko przez v, ale nie wymawia się jej imienia nadaremno. Parę słyszałam, ale przez siedem lat mniej, niż w zeszłą sobotę w Katowicach, gdy pod blokiem o 1 w nocy nieeleganckie takie latały pod oknem, aż przyjechał
radiowóz….
Czesi nie odnoszą się do siebie agresywnie. Ale o
kimś… to zupełnie inna bajka!
O pani w sklepie, o szefie, o politykach, o sąsiedzie… jasna
sprawa. Tyle, że przekleństwa mają taką moc, że polskie przedszkolaki pękłyby ze śmiechu.
W ogóle lubią odzwierzęce. Są kozy i woły. Kozy rosną
kobietom na klatkach piersiowych a wołów jest pół Pragi. Jakaś potworna mania
nazywania siebie wołem nastała w stolicy lat parę temu. Wszystko poniżej 25
roku życia, stosuje to jako przerywnik.
- Ty vole- gdybym dostawała koronę za każdy raz jak słyszę to
w tramwaju…
Dialog
przebiega mnie więcej tak:
-
Słuchaj wole – zaczyna pierwszy podekscytowany
-
Mów wole – drugi wyraźnie zainteresowany
-
Byłem, wole, wczoraj na koncercie – mówi jedynka
-
Nie gadaj, wole – dziwi się dwójka
-
No, wole, mówię ci, było super!
-
Ty voleee – zazdrość w głosie woła nr 2 każe mu rozciągnąć ostatnią sylabę.
Ale
nie tylko młodzi:
Pruser:
kłopot/problem/syf.
Lubię,
choć dama nie powinna, czeskie vyser se na to, jako olej to. Takie
dosadne.
I last, but not least zajmiemy
się čůrákiem.
To, dla odmiany mają panowie. Nie na klatce piersiowej. Ty čůráku- można przeczytać w
komentarzach internetowych. Bo Czesi stanowczo wolą kogoś obrażać na piśmie niż
wprost.
niedziela, 12 maja 2013
Bo maj to květen, gdy wszystko kwitnie to logiczne!
A w ten weekend w Pradze można było:
- między kroplami deszczu spacerować po Stromovce, jedynym parku w Pradze w angielskim stylu, który komponuje się z dzisiejszą aurą
- iść na wystawę czeskiego komiksu, która zaczyna się dzisiaj w Centrum Sztuki Nowoczesnej DOX
http://www.dum-umeni.cz/cz/clanek/signaly_z_neznama
- lub na koncert rozpoczynający festiwal muzyki poważnej Praska Wiosna
http://festival.cz/en/programme
(oj, gdyby nie Bułeczka, byłabym tam z Dużą)
- albo po prostu potruchtać w wolnym tempie wśród tysięcy biegaczy i paru Terminatorów z Afryki...
(Program Volkswagen Maratonského víkendu
Sobota 11. května
Sport Expo
12:00 Madeta Pasta Party14:00 Cloud 9 Barmanský Běh
16:00 Procházka se psy
Staroměstské Náměstí18:00 Prague Spring Marathon Concert
Neděle 12. května
Staroměstské náměstí
9:00 Start Volkswagen Maratonu Praha9:30 Start Volkswagen Rodinný Minimaraton Praha)
Bombowa impreza, braliśmy udział w spacerkach rodzinnych nie raz...
I to tylko kropla w morzu możliwości....
ja, zmęczona podróżą i ostatnio macierzyństwem, wybieram sofkę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















