poniedziałek, 22 kwietnia 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

Hroch Slavek, hipopotam roku 2002

W roku 2002 Pragę zalało. Again. Tym razem jednak odbudowa była szybsza dzięki Unii. Każdy korzysta, nie każdy widzi... Do tej pory nie rozumiem jak, ale zalało również Zoo, które położone jest na wzgórzu, na tyle dużym by pośrodku ustawiono, jakby specjalnie dla dwóch członków mojej rodziny,  kolejkę linową wożącą  w górę. Tydzień temu w ZOO było ponad 11 tysięcy ludzi w jednym czasie, jednym z bajerów, o których nie wspomniałam wcześniej jest licznik odwiedzających. Zwierzęta musiały mieć dość. W gazetach o tym pisano. My, nie frajerzy, poczekaliśmy tydzień, niech się tłumy przewalą. Dziś na liczniku ponad 12... Dziś każdy biegł zobaczyć nowy dom hipciów i Sławka. Symbolu powodzi.
Była to podobno największa akcja ratunkowa w historii światowych ogrodów zoologicznych. Musiano ewakuować ponad tysiąc zwierząt. 134 nie przeżyły. Nie wszystkie się utopiły, niektóre padły ze stresu, już po ewakuacji, a niektóre, jak np. ponad 10 tonowego słonia Kadira uśpiono zastrzykiem, bo pływał w zalanym wybiegu bez szansy na odpoczynek.
Gdyby wypłynął poza ogrodzenie stałby się niebezpieczny dla ludzi. Choć nie wydaje się, by mógł wypłynąć. Ten sam los spotkał hipopotama Lentilka. Pływał już sobie w rzece. Gdyby zgłodniał w okolicach Kralup i wyszedł na brzeg, zbierający akurat żniwa rolnik na bank spadłby z traktora na jego widok i obiecał sobie, że koniec ze śliwowicą. Tragiczny dzień w historii Zoo, choć dla ogółu zwierząt wyszedł na dobre. Teraz wszystko mają nowe...  Być tam tego dnia i móc widzieć naćpane uspokajaczami goryle pływające pontonami, lub lwa morskiego Gastona, który zatrzymał się dopiero w Niemczech, bezcenne! Czechy nie były jeszcze w strefie Schengen i wpadł na granicy.
Niestety Gaston wyczerpany wysiłkiem próbę nielegalnej emigracji przypłacił życiem , za to na jego cześć zorganizowany został maraton pływacki by uczcić dziesięciolecie jego wyczynu. 


Czy ja już pisałam, że kocham ten kraj?
A Sławek? Sławek został w zalanym pawilonie, do którego nie dało się dotrzeć. Spisano go na straty, gdyż woda sięgała pierwszego piętra, a hipcie, wiadomo, mieszkały na parterze. Ale Sławciowi śmierć nie była w głowie. Nikt nie wie jak zrobił, co zrobił, ale znaleziono go na pierwszym piętrze słoniarni, gdzie wybił okno, żeby mieć więcej luftu, i z cygaretem pewnie, czekał cierpliwie, aż ktoś w końcu przyjdzie z żarciem. 
Musiał poczekać aż woda opadnie, i jako, że sztuki powrotu nie chciał już dokonać, zszedł niczym gwiazda filmowa po specjalnie wybudowanym podeście w błysku fleszy, dwa dni później. Sławek, you are the man!

A od tygodnia ma nowy dom, w którym W OGÓLE nie czuć hipopotamów, i stojąc za wielką szybą widzi się jak dokazują w wodzie lekko nawigując swoimi cielskami. Mieszka tam z Maruszką, z którą w zgodzie doczekał się pięciorga Sławiątek. http://www.zoopraha.cz/cs/seznamte-se/novinky/hroch-obojzivelny-slavek

piątek, 19 kwietnia 2013

Praktyczna Pani


Rozpoznanie czeskiej pary na międzynarodowych lotniskach nie stanowi większego problemu. Wyglądają często tak samo, tyle, że jedno z nich jest kobietą. Dżinsy, (w sezonie zamieniane na szorty), polar, (w sezonie T-shirt), buty sportowe, (w sezonie sandały) i obowiązkowo plecaki.
Tubylcy nie znają lansu, fenomen w środku Europy. Nie mają ciśnienia, żeby było hipstersko. Ma być wygodnie. Po ulicach jeździ tysiące rowerów, wszystkie górale.

 V hospodach łatwo odróżnić Czeszkę od Słowaczki. Ta druga będzie bardziej pańciowata. Balejaż, grzyweczka, paznokcie. A Czeszka może w każdej chwili z tej hospody wyjść i wspiąć się na Śnieżkę,  po drodze zaliczając jakąś jaskinię. Gardzą trochę damulkowatymi Słowaczkami. Mówią że ta, to w namiocie spać nie będzie. Hm...
Słowaczki im się odwdzięczają i udają, że nie mówią po czesku. Używają więc słowackiego prywatnie i służbowo. Podobno prawnie mogą studiować i magisterkę pisać po słowacku. Niezły pomysł, szanse, że promotor przeczyta mniej niż zero. A oblać nie może, bo nie wie co w środku.
Czasami jednak Czeszka czuje zew i pantera w jej wnętrzu stawia na dzikość. Efekt bywa w zasadzie jeden: wielki dekolt. Bo tu występują dżinsy i bluza, albo sukienka wycięta po sutki i nieprzyzwyczajone do obcasów cierpiące, wyeksponowane, gołe nogi. Nie ma półcieni. Albo pivo, albo chyt. Czesi są też motorem europejskiego przemysłu porno, ale to już zupełnie inny temat.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Polonia w Pradze?




Jak to zwykle bywa z Polakami, i na obczyźnie nie są jednością. Są kręgi, które wzajemnie się nie przenikają. Jest grupa trzymająca władzę, krąg polskiego biznesu i ich kolacyjki w luksusowych restauracyjkach. Głównie faceci, ale nie tylko. Ci, co muszą znać wszystkich i lubią by ich znano. Pojawiają się też pracownicy ambasady, oni po prostu muszą by ich znano. Ja po polsku zawiszczę i stąd ten jad... Jest też żeński odpowiednik klubu. Piękne domy z oknami do samej ziemi, znane restauracje, sushi w południe i czarujące członkinie.
Są pozytywnie zakręcone Matki Polki, śpiewające ze swoimi Maluszkami co piątek, karmiące piersią do sypnięcia się wąsa synowi, i w większości, bardzo zakorzenione już w Czechach. Mają mężów Czechów, ale chcą kultywować polskość w dzieciach. Bywają ludzie przejazdem, za mężem, za pracą, na chwilę, na rok, nie nawiązujący kontaktu na dłużej. Jest też grupa młodych, nietrzydziestoletnich, bezdzietnych, szczęśliwie pracujących w korporacjach i chodzących do hospody, kiedy tylko chcą… Nie integrują się z resztą Polaków, piją z Francuzem czy innym Finnem z pracy, wieczorami mówią in inglisz. Tych nie spotyka się święceniu jajeczek. Czasem przemkną zagłosować w ambasadzie, bo wierzą, że kiedyś i w Polsce będą mogli robić to samo. Choć w brzydszym entourage. Ale po piątym piwie, prowincja pięknieje. Ta grupa, zdaje się zmniejszać, może wracają, może jadą dalej, a może mi się zdaje… Kiedyś był blog dla Polek w Pradze, ale umarł śmiercią naturalną. Zapoznały się, polubiły i już nie musiały się nawoływać na necie. Poszłam z nimi 7 lat temu na piwo. Hm, wystarczyło jedno. Miałam potem ochotę odjechać Lanovkou w świat.



Nie można zapominać o Polkach, które wychodząc za Czecha, wsiąkły zupełnie. Trudne są do rozpoznania, gdyż nawet z dziećmi mówią po czesku, ale sprawne ucho wychwyci czasem ten akcent w metrze.
Całe szczęście, jest polska szkoła, dzieci mają szansę się spotkać i polubić, bez względu na przynależność rodziców. A rodzice zgodnie oklaskują pociechy na występie takim jak dziś w Domu Mniejszości Narodowych na Ipaku.
Bo Tuwim wielkim poetą był. Akurat moim ulubionym. Bawiłam się przednio mimo choroby i nieobecności pana Hilarego. 
P.S. Taki upał, że spiekłam raka na plecach na ukochanym Petrinie, gdzie jedząc obiadek na powietrzu w bardzo miłym towarzystwie, znalazłam w końcu tę wiosnę. Oczywiście na pierwszym planie mega wypasiony plac zabaw...


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiosna Wiosna Wiosna




 W myśl Ve zdravém těle zdravý duch Praga dba o najmłodszych. W stolicy jest… uwaga, uwaga: 547 placów zabaw. Gdybym była lepsza z matematyki szybko w głowie obliczyłabym co ile metrów statystycznie jest plac zabaw, ale po co? Widzę przecież, że jest ich w pizdu! I to jakich… Nowoczesne, przemyślane, zmieniane co dwa, trzy lata. Dla dużych, średnich i najmniejszych. Wszystkie są ogrodzone, a te większe mają CZYSTE ubikacje dla dzieci i dorosłych. I strażnika. Duża do teraz mi wmawia, że to są właściciele placów, którzy mieszkają w tych domkach. A ich dzieci... Te się mają!  Chowajcie się Paryże i inne!
Na naszych placach zabaw psy nie szczają do piasku, a żule nie są wpuszczane. Dzieciarni za to tyle, że człowiek zastanawia się, jak to możliwe, że Czechów jest niecałe jedenaście milionów. Często połączone są z boiskami, torami dla rolek i desek. W każdym wieku można się zabawić, szczególnie próbując wymówić: dětské hřiště. Pisałam już wcześniej, że dzieci w Czechach nie mają lekko! 
Dziś odwiedziłam z Dużą i Bułeczką dwa hřiště. Rajski Ogród. How cute is that! Malutki, zrobiony niedawno. Zagospodarowano po prostu nieużytek między Wydziałem Ekonomii, kamienicami i.... parkiem, w którym są dwa gigantyczne place zabaw, mieszczące się spokojnie w praskim top ten. Nie dali garażu czy Lidla... placem zabaw z kawiarnią zagospodarowali!
I jak ich nie wielbić? Byłyśmy co prawda nielegalnie bo tylko do 8 roku życia można na nim dokazywać, ale Duża była w roli opiekunki naszego ulubionego 15miesięczniaka, więc nie skuto jej w kajdany.  Przy okazji, mamo 15miesięczniaka, Zosia za darmo tylko dla mamusi dzieci bawi…
Jednak dziś rajski ogród nie wyglądał sielsko jak na sielskim obrazku. Dziś było tak:

Jako, że w słońcu 26 stopni, ludzi było tyle, że cudem było niezgubienie dziecka. Szczególnie na wielkim placu zabaw numer zwei.
Myślę, że połowa tatusiów brała do domu, co stało obok, byle się stan zgadzał. Rodzice dostawali karteczki na wejściu a przy wyjściu odhaczali tylko ile wynoszą. Potem mamy pewnie spotkały się, przy zamkniętej już na noc bramie i wymieniały Honzików. Do huśtawek kolejki, do karuzel kolejki,  inaczej musiano więc spożytkować energię: wysupłane z rajtuzek i kozaczków dzieciaki biegały jak opętane, donośnie okazując radość z nadejścia wiosny. W głowie huczy mi do teraz, a Bułeczka z szoku nie spała całe popołudnie. Zapomniałam, jak relaksująco może być na przepełnionym placu zabaw w godzinach popołudniowych…
Ale i tak mi żal, że Bułeczka nie będzie mogła skorzystać z cudów praskich placów zabaw. 

A tymczasem żabki w moim stawie RE RE RE RE KUM KUM