środa, 3 kwietnia 2013

Z ostatniej chwili! Wracamy do Ecco! :)

Po ostrym liście do zarządu Ecco dostałam odpowiedź...
Jednak porządna firma!
Dziekuję MatkoWandzi za pomoc w znalezieniu odpowiedniej osoby i
v češtině of course.

Bon jest Twój!

Dobrý den paní,
 
Děkuji Vám za Váš dopis. Přijměte prosim naši omluvu za nepříjemné chování prodavačky prodejny ECCO ve Fashion Arena Outlet Centru. Je naprosto neakceptovatelné a určitě nebylo v souladu s filozofií naší firmy.
 
Můžete mi prosím Vás poskytnout víc informací o vzhledu prodavačky a přibližném času Vaší návštevy v prodejně ECCO? Její jednání bude prodiskutováno s managementem a budou odvozeny důsledky. Zabezpečíme, abyste se s takovýmto chováním v naší prodejně již nesetkala.
 
Jako omluvu prosím přijměte dárkovou poukázku v hodnotě 500 Kč na nákup v některé z našich ECCO prodejen. Prosím Vás o zaslání Vaší korespondenční adresy, na kterou Vám poukázku pošleme.
 
Doufáme, že i přes tuto nepříjemnou skutečnost i nadále zůstanete naší věrnou zákaznicí. Přeji Vám příjemný den.
 
S pozdravom,
 
XXX
 
 
CONFIDENTIALITY. This e-mail and any attachments may contain confidential information. If you are not the named recipient, please do not disclose the content to another person, use this e-mail for any purpose or store or copy the information in any media. Instead, please notify the sender by return e-mail and delete this e-mail including any attachments from your system
 
Description: Description: Description: cid:188D69DB-5DD7-4AC6-A833-8C0F37274598 Please consider the environment before printing this e-mail.

A dzisiaj idziemy do hospody! A dzisiaj idziemy pifko pić!



Wezmę aparat, uwiecznię piwesio i koleżanki przy piwesiu. Pogoda nadal paskudna, szaro, buro, a wczoraj wiał arktyczny wiatr. Nie narzekam, bo nie musimy odśnieżać auta w przeciwieństwie do Rodaków ze Śląska.

Duża przyniosła oceny za drugi trymestr, ma pierwszą pałę, za zadania z treścią… jak to mówią Francuzi: Psy nie robią kotów, żeby nie powiedzieć, że nie daleko pada jabłko od jabłoni. Nie przejęła się zbytnio, ona i tak wszystko wie. Zewnętrzne obce siły zła nie zmienią jej zdania na temat własny temat. I dobrze, nie da się zdołować dziewczyna w życiu.

Pomyślałam, że trzeba zacząć robić zdjęcia mojej okolicy. Tak pięknie może już nie być nigdy…


Rozpoczynam więc cykl: zdjęcia budynków przy mojej ulicy.
Dziś o 12, jak w każdą środę miesiąca była próba syren. Wyły przez pięć minut, sąsiad kuł tynk, który ma zalany na sąsiadującej z nami ścianie. Wiem, bo rano przyszedł sprawdzić czy to kanarek go nie zalewa. Aż mebel kazał odsunąć. Może myśli, że nasz kanarek z drążka na ścianę sika…

Bułeczka ryczała, a moja Mama drzemała. Aż pies uznał, że to nie jest normalne i z niepokojem patrzył na nią przez pół godziny.
Potem z radości, że pani wstała cała i zdrowa złapał kanarka za skrzydło i tak go wystraszył, że ten piechotą uciekł pod mebel telewizyjny.

Śpieszę jednak donieść, że jak odsapnął troszkę, znowu latał.


Ale kogo to obchodzi, skoro dzisiaj idziemy do hospody????

Idę ze znajomymi z mojej pierwszej pracy SAP do http://www.umoznych.cz/. Przy metrze I.P Pavlova, tzw, Ipaku. Mamy rezerwację na 19, choć ja przed ósmą nie dotrę na pewno na nazwisko Valešova. Zapraszam!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Na drugą nóżkę




Wódka, to tak łatwo powiedzieć. Okazuje się, że tak blisko, a tak nie po drodze z tym piciem z braćmi Czechami. Wódkę leją w minimalnych ilościach i rzadko. I raczej cudzoziemcom. Człowiek by się nie spodziewał, że idąc na wesele nie uświadczy wody życia. A jednak. Było, o dziwo!, lane piwo, czeskie wino i…. dla dziadków ożyroków i wujków ochlaptusów slivovice. Nie powiem, w którym kręgu się znalazłam, ale piwa i wina na weselach nie pijam. Ale chyba lepiej pić Listerine niż tę weselną śliwowicę. Lata minęły, a mnie nadal ciarki przechodzą na samą myśl. Wesele było bombowe! W czeskiej remizie. Nie dojechał zespół, załatwili więc na szybko koło gospodyń, żeby przyszło pośpiewać.


 A ślub, jak zwykle na zamku… One dopiero mogą poczuć się księżniczkami... Ale nie o tym miało być. Choć o weselach też kiedyś skrobnę, bo jest o czym!

Czesi po piwie nie tańczą, siedzą i gadają. I śmieją się, a ja z nimi, choć nie zawsze z tym samym momencie. Ale nie pozostają mi dłużni, w pewnym momencie wieczoru zawsze będę musiała mówić kamizelka kuloodporna a oni ze śmiechu będą wpadać pod stół. Jedyną aktywnością oprócz unoszenia ręki po kolejne piwo bywa gra ve futbalek.

Zdarza się, że ktoś zamówi wino. Widziałam takie i takie cuda! Podobnie, jak piwo, wybiera się lokalne dobra. Białe bywa niezłe. Trzeba wiedzieć które wybrać i zachować umiar, jeśli nie chce się chodzić z siekierą między brwiami dzień po. Kace po czeskim chardonnay nie znają litości. A wypicie czeskiego odpowiednika szampana, chluby czeskich winiarzy Bohemia Sekt grozi skokiem z praskiego mostu samobójców w celu ulżenia sobie w bólu głowy.
A wygląda tak niewinnie… http://www.bohemiasekt.cz/ Trudno się przestawić po szampanie i hiszpańskiej Cavie, ale w pewnym momencie wieczoru czasami wydaje się to dobry pomysł. Dzień po dziękuję zawsze władzom Pragi, że otoczyli most płotem uniemożliwiającym skoki. Ale lampkę, dwie, białego czeskiego winka można z przyjemnością wysączyć, chyba, że jest się bardziej francuscy niż Francuzi i na wszystko, co nie pochodzi z chateau kręci się wysublimowanym noskiem. Za to czerwone…. Czerwone to inna bajka. Koszmar. Dramat. Groza. Frankovka…
Brzmi okrutnie. Nie bez przyczyny. Dałam szansę, raz, dwa, trzy, nie da się, mimo, że ja dużo zniosę i mam na to świadków. Jednak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A głodnemu chleb na myśli. Kwiecień plecie i przeplata, a baba z wozu... Chodzi o to, że za długo karmię już chyba... W zeszłym tygodniu, gdy Bułeczka zaliczyła pierwszy w życiu katar, za poleceniem koleżanek Czeszek poszłam do apteki po wodę mineralną Vincentkę z Luhacovic (dokąd cały Śląsk jeździł na kolonie, a nie doceniał jak zdrowo), by nalać ją do nawilżacza powietrza. Lecę do tej apteki, śpieszę się bo ja się ZAWSZE śpieszę. A odkąd mam dwójkę dzieci, a męża eksploratora rumuńskiej dziczy, to już w ogóle wszystko biegusiem. I zamawiam oczywiście Frankovkę w tej aptece. Widzę, po minie, że panna za ladą nie czai, tłumaczę więc grzecznie ruskim akcentem, że dziecko ma katar i do zvlhčovače vzduchu (wymów to trzeźwo) mam nalać Frankovki. No, koleżanki mi poleciły – tłumaczę cierpliwie – bo dziecko ma katar, a za małe na leki – nie poddaję się.

Laski oczy coraz większe:

- Frankovku? – pyta dużymi literami, a ja wtedy dopiero słyszę co zamawiam i w śmiech.

Pewnie pomyślała, że Ruska narąbana od rana. A ja wyobraziłam sobie jak z naszego nawilżacza Disneya tryska czerwone wino i cudownie uzdrawia Bułeczkę.


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Customer Service po czesku



Miało być o winach, winiarniach i gdzie się pije w Pradze wódkę. Miało być na spokojnie. Ale nie będzie. Będzie o rodzinnej wyprawie na zakupy.

Zaczęło się niewinnie. Podobno nie wypada chodzić w 9letnich adidasach, nawet najwygodniejszych. Po próbie ich reanimacji pod postacią godzinnej wizyty w pralce, z efektem zerowym, trzeba jechać do outletu po buty. W okresie świąt Praga napchana jest turystami, wszystkie duże sklepy są otwarte.

Outlet w mojej rodzinie jest w zasadzie taką samą tradycją, co święcenie jaj. Kiedy szeryf  przyjeżdża do miasta, dwa sklepy zaliczamy obowiązkowo. Outlet w Štěrboholach, Pradze 10 http://www.fashion-arena.cz/ i Marks & Spencer. Dzisiejszy cel: adidasy dla mnie i buty dla Dużej, bo śniegowi mówimy stanowcze NIE i kupujemy jej wiosenne, nawet za cenę odmrożonych palców.

Od lat kupujemy tam w Ecco, ceny przeciętnie niższe o połowę, wybór dwa razy większy niż w Silesii City Center...
Większość Czechów, nawet wykształconych, bierze polski za rosyjski. Na początku nie kumałam niechęci sprzedawców, potem zauważyłam, że nieliczne miłe jednostki żegnają mnie serdecznym DASWIDANJA. Raz, przy szczepieniu królika weterynarz chcąc ośmielić Zosię chowającą się za moimi plecami przez całą wizytę, spytał się jej wyraźnie artykułując:

-KDY DJEN RAŻDJENJA KRALIKÁ?


Duża nawet nie wyjrzała zza pleców, a ja poinformowałam grzecznie, bo pan się starał, że córka jeszcze nie mówi po rosyjsku, ale może próbować dalej.

No, ale nie o miłych miało być. Jak np. pani z czeskiej Żabki, która regularnie życzy Matce Wandzi wesołych świąt, gdy przypadają święta prawosławne.

Tu będzie, o tych, którzy słysząc nasz  akcent przypominają sobie nasze mordy ruskie na czołgach w Pradze w ‘68 i odżywa nienawiść, którą hodują w sobie od czterdziestu ponad lat.


Pani sprzedawczyni w Ecco musiałam chyba gąsienicą po stopie wtedy czołgiem przejechać. Ostentacyjnie nas w sklepie nie widziała. Chodziłam za nią wężykiem, a ona uciekała w pusty sklep. Gdy zapędziłam ją do rogu okazało się, że nie, nie ma żadnych z tych butów, o które prosiłam dla młodej. Tym czasem Zosia oszalała na widok srebrnych jak pył kosmiczny trampek.

Co mam zrobić? Na kolanach prosić o obsługę? Olałam, poszłam sama sprawdzić. I co? I Bingo! Znalazłam karton z odpowiednim numerem.  Nie chciała już mierzyć żadnych innych. Obok mierzy buty Mama. Ja też się wkręcam i znajduję te same kosmiczne, parę numerów większe. Jest miło, planujemy kupić i sandałki dla Młodej. Tylko nie wiem jak je zmierzy, bo srebrnego pyłu ze stóp nie da się już zerwać. Wkładam więc stare buty do kartonu i zaczynam szukać sandałków. Nagle, jak błyskawica, przecina powietrze czujna pani sprzedawczyni. 
Wyrywa mi z rąk pudło, i ciosem kung fu rzuca butami o podłogę, mrucząc pod nosem o ruskich złodziejkach. Krew ścina mi się w żyłach. Pytam, jeszcze grzecznie, o co chodzi a ta krzyczy do koleżanki przez pół sklepu, że ona chciała wynieść i kieruje się do Zosi by zerwać jej z nogi srebrzysty cud. Nie wiedziała, że musiała by jej chyba odrąbać stopy, bo trampki magicznie przyrosły, a na dodatek gazela biega szybciej niż stara łasica.
Młoda sadzi po sklepie sarnimi skokami a łasica za nią zakosami. Moja cierpliwość i dobre wychowanie są na poziomie error. Staram się mówić moim najlepszym czeskim, ale wychodzi polsko-czeska mieszanka z ruskim akcentem. Nawet obojętni na wszystko Czesi stają w naszej obronie. Zakaznik ma zavse pravdu – słyszę z każdej strony. Dobiega gazela a za nią łasica. Najchętniej dałabym jej trampkiem w łasiczy chudy pysk, ale jako, że również musiałabym go odrąbać z nóżki, muszę go kupić. Sytuacja paskudna, nerwy trzymają mnie to teraz. Łasica znika na zapleczu, obsługuje mnie przy kasie grzeczniejszy model. Ze zdenerwowania wyciągam złą kartę i widzę satysfakcję w oczach pani, gdy mówi mi brak środków. W końcu płacę i wychodzę. Jaka szkoda, że nie palę. I, że nie można spoliczkować sprzedawczyni.
P.S. Oj, tego nie będzie mi brakować... Oj, nie!

niedziela, 31 marca 2013

Święta, Święta i po śniegu!





Śpieszę donieść, że u nas też jest śnieg. W śladowej ilości, ale sypie z nieba z deszczowo. Miałam plan nie wychodzić, ale odwiedziła nas Koka, więc nie było wyboru. Tym razem do Zoo nie poszła, ale spędziła Wielką Sobotę robiąc podkopy w panelach pod klatką Antka. (zdjęcie soon)
My, za to, radośnie udaliśmy się z koszyczkiem, przywiezionym z Polski przez śniegi i zawieje. Wraz z barankiem, pasztetem, szyneczką, kaczusią i milionem innych pyszności.
Kościół polski, jak zwykle, nabity, a w drzwiach stoi ksiądz i wita radośnie Dużą po imieniu, w końcu czymś udało się zaimponować babci!
Pogoda piękna, idziemy spacerkiem, Najlepszy Mąż Świata, o dziwo, chory i został w domu. Bułeczka drzemie w wózeczku, Praga zalana słońcem i turystami.

 Mijamy ich slalomem, bo przodownik grupy jest przekonany, ze się spóźnimy. Biegniemy prawie za nią z Dużą, całe szczęście Samica Alfa łapie kontuzje pod koniec drogi. Eleganckie lakierki, które również znalazły swoje miejsce w aucie z Polski, nie zniosły trudów praskich bruków. Ale jak tak do święcenia bez lakierków?! Wymuszona bólem chwila przerwy. Ocieram pot, kapiący spod czapki, po którą zresztą musiałam się wrócić, gdy kierowniczka wycieczki stwierdziła, że za zimno. A, że chciałam skubnąć potem tych szynek, pasztetów i mazurka, nie nadmieniłam, że mam już 34 lata i dwójkę dzieci i grzecznie wróciłam. Cicha satysfakcja w oczach Dużej zadowolonej, że mną też ktoś rządzi – bezcenna. W kościele, zatrzęsienie koszyczków, podobno nasz beznadziejny, jak można nie mieć w domu koronki do strojenia koszyczków? Tym sposobem, oprócz owoców, warzyw, jajek, bo 36, które miałam w domu okazały się kroplą w morzu potrzeb w przygotowaniu świąt dla czterech osób, musiałam w sobotę rano zakupić koronkę. A pasmanteria w sobotę zamknięta, idziemy więc z żenującym koszyczkiem  wyścielony białą serwetką jedynie. Cisnący już bardzo mocno lakierek, odwraca uwagę od koronki. Uff! Święty Idzi tuż za rogiem, ale co zrobimy po święceniu? Nawet taksówki nie zamówimy, Stare Miasto, wąskie ulice, ja z wózkiem, nie załadujemy się. Po święceniu idziemy do pysznej czekoladarni przemyśleć kwestię i myślę sobie, że tak ładnie mówił ksiądz Hieronim o dobroci dla bliskich: zamienimy się. Oddam moje 9letnie prawie adidasy, mięciutkie jak pośladki Bułeczki i dojdę do domu w lakierkach. Co tam, że o numer za małe, dam radę! Białe frotte skarpetki są pewnego rodzaju przeszkodą, ale kobyłka u płotu. Dam radę!

Wkładam i zmieniam osobowość. Nelly Rokita to ja! Czuję, że to będzie bolesne pół godziny! Głównie dla duszy. Paznokcie zagoją się szybciej.
Kierowniczka I Zosia śmieją się tak, że zapominają święconki w czekoladarni. Gdy po niego wracają dociera do mnie bolesna prawda, moje stopy  widzą wszyscy! Zaśmiewając się wracają i mówią, że pięknie odbija się słonce w złoceniach. Cios poniżej pasa: obcas jest złocony!

Idziemy wolno przez miasto, ja, w za małych lakierkach i rolujących się skarpetakch pcham wózek, a rodzina metr za mną, wesoło liczy odwracające się osoby. Czego się nie robi by bliscy mieli udane święta!

P.S. Który koszyczek jest nasz?
P.S. 2 http://www.choco-cafe.cz/ POLECAM!

czwartek, 28 marca 2013

Hospody i nie tylko





Pragę kocha się nie tylko za 32 powody wymienione wcześniej. Kocha się ją również za hospody! Zadymione, zatłoczone, pachnące rozlanym piwem, Czesi z puklem z tyłu i Czeszki w żelach na paznokciach, żyć nie umierać!
Ceny bardziej niż przyzwoite, jeśli wie się, dokąd iść bo jest się Pražačkou od pokoleń, jak ja. Czesi nie zapraszają się do domów, oni spędzają czas w hospodach. I głupie to nie jest, zważywszy, że niektórzy goście wyjeżdżają dopiero po 6 tygodniach…
Praga knajpą stoi. Jest tu wszystko: hospody, Irish puby, restauracje z całego świata, knajpy wegetariańskie, brazylijskie kawiarnie, bary dla bogaczy, kluby duże i małe, dyskoteki, knajpy wegańskie i francuskie nadęte restauracje, w których jada się tylko za pieniądze służbowe. Z Czechami chodzę do hospod na pivko, które nie wiadomo dlaczego odmienia się jak baba:
- Dwie piva prosim – piszę fonetycznie, jako, że czytają mnie i we Francji. Idzie się prosto po pracy, na dwie, trzy piwka i wraca do domu, jakoś lżejszym krokiem niż rano się szło. Babeczki piją desitky a faceci dvanactky. Po dvanatce głowa szybciej zaczyna się kiwać. Ciemne, jasne, rżnięte, gorzkie, delikatne, o obniżonej zawartości cukru, itd. Czesi piwa nie czeskiego nie pijają, bo i po co? I nie rzucają się na nie, jak, co poniektóre, łapczywe Polki i kulturalnie stukają się kuflem przed pierwszym łykiem. Zawsze patrząc sobie w oczy. Nie przelewają też starego piwa do nowego, które kelnerka skwapliwie przyniosła odnotowując je na skrawku papieru na rogu stołu, gdzie skomplikowany kod kreskowy oznacza ilość wypitych piw. 

Na stole się kufla nie stawia. Stoi kelner i czeka cierpliwie, po czesku, aż położysz wafel. Ale swoje myśli.  Raz zmieszałam dwa piwa i przy stole zrobiło się cicho. Myślę, że opowiadają to swoim znajomym do dziś. Do piwesia można zapodać utopenca ( fonetycznie topielec), którego sam widok sprawia, że chciałoby się z nim zamienić miejscami. Sięga žena za pultem do słoja i rzuca na talerz co wyłowi.
 Dziękuję, wolę udawać wegetariankę. Ale wtedy dostanę nakladany hermelin, który też do pyszności nie należy.

Lepiej już pić na pusty żołądek.
Każdego stać wyjścia do hospody, bo Czesi nie szaleją z cenami. I dlatego miejsca, nawet w środku tygodnia trzeba rezerwować. A w piątek zapomnij, że znajdziesz stół! Pewnie dlatego normalne tu jest dosiadanie się.
O dziwo, kelnerzy nie protestują gdy każdy gość chce płacić osobno, pewnie dlatego, że wtedy szansa na napiwek wzrasta. Reguluje się więc swoje i tschüs, można ruszać na kolejne piwo gdzie indziej, w nowym towarzystwie. Czesi często umawiają się  na JEDNO piwo i lecą dalej. Ostatni przy stole zawsze płaci parę piw extra, a kelner z niewinną miną, że widocznie kolega nie zapłacił, pokazując mu ilość kresek na papierze przemnożoną przez jego aktualny humor. Tiaaa… 
Tutaj nie przychodzi się na chyt, tu przychodzi się porozmawiać i pośmiać się trochę, zapomnieć, że czasami situace není růžová.


Hospoda nie zna wieku ani lansu razem siedzi babička i student w swetrach, oboje sącząc to samo piwko.


I ta pianka w kuflu, jak wisienka na torcie, mniam! Jako patriota lokalny pijam Staropramena, choć nie uważam, że jest najlepszy, ale jak to godoją: Think globally, act locally. Piję więc piwko z Pragi 5, skoro i tak przejeżdżam obok browaru w drodze do pracy...
Do hospody chodzi się też w południe na obowiązkowym korporacyjnym lunch breaku, jedzenie paskudne. Czesi powinni się trzymać z daleka od kuchni, ale jeść coś trzeba. Smażone, mączne i rzucone na talerz, całe szczęście piwo, zawsze najtańszy napój w karcie, gładko spłukuje kiepski smak. W porze obiadowej hospody udają przez dwie godziny, ze są nekuřácke. Miło z ich strony.
Gotowanie very so so, ale w nazywaniu knajp wykazują się fantazją: W głupim miejscu, rzeczywiście w głupim, Psie jaja, u Głupich, Pod grubą babą, Pod Suchym Dziąsłem, u Mrtvolky… do wyboru do koloru. Wszędzie jednak piwo będzie pyszne, a jedzenie raczej nie.
Czasami jednak trzeba iść na wódkę. Ale gdzie się chodzi na wódkę, wino i inne fernety napiszę zítra , teraz idę na piwo. Bo przecież nie będę piła butelkowego. A tfu!

środa, 27 marca 2013

No jak?






  1. Jak Duża przyjmie zmianę otoczenia?
  2. Jak przeżyć widok dzieci bez butów, żebrzących zimą na ulicach i spokojnie jeść kolację dzień po dniu?
  3. Jak nie okazać niechęci do nowego miejsca dzieciakom?
  4. Jak nie wydrapać oczu mężowi za to, że nas tu ściągnął?
  5. Jak nie wisieć na nim, żeby był super mężem, ale też przyjaciółką, mamą, panią w sklepie  i wszystkimi innymi, których będzie mi tam brakować?
  6. Co robić w czasie, w którym tutaj widywałam się z przyjaciółmi?
  7. Jak się cieszyć tym, co nie jest złe, ale jest gorsze od tego co się miało?
  8. Jak przełamać wewnętrzny opór do nauki kolejnego języka?
  9. Jak wyjść do ludzi z 6miesięczniakiem?
  10. Jak znaleźć nianię gdy nie mówi się w danym języku?
  11. Jak się nie zastrzelić, jeśli jedynymi kobietami, z którymi będę się widywać, będą mamy Francuzki pod francuską szkołą?
  12. Jak nie wydrapać oczu mężowi za to, że nas tu ściągnął?
  13. Jak iść na zakupy jedzeniowe NIE do marketu, jeśli nie przełamie się wewnętrznego oporu do nauki kolejnego języka?
  14. Jak nie bać się trzęsień ziemi?
  15. I hord bezpańskich psów biegających po parkach?
  16. Jak poznać ludzi nie idąc do pracy (patrz 6miesięczniak)
  17. Jak spać w nocy nie wiedząc na jak długo Bukareszt i co potem?
  18. Jak uchronić dzieci przed ‘nie przywiązywaniem się do ludzi, bo i tak się ich traci"
  19. Jak nie dać się smutkowi?
  20. Jak się nie dać okraść/ oszukać, skoro podobno wszyscy tylko czekają żeby to zrobić?
  21. Jak nie wydrapać oczu mężowi za to, że nas tu ściągnął?
  22. Jak wziąć na klatę przerwane treningi pływackie Dużej, jednej z nielicznych rzeczy wywołujących uśmiech na jej pięknych usteczkach?
  23. Jak przełamać niechęć do francuskich pizd?
  24. Jak się nie rozwieść z brzydkim mężem bez oczu?
  25. Jak nie zepsuć sobie ostatnich momentów tutaj i wyłączyć takie pytania w głowie?