poniedziałek, 3 czerwca 2013

Dzień Drugi....

Smichov dziś po południu

Brunatny i zalany

 







Nowa restauracja, o której pisałam dwa tygodnie temu...









Kosz lekko falował, jak po piwku...









 Wiele miejsca pod mostami nie zostało...


W nocy ma przyjść największa fala...

środa, 22 maja 2013

Jak polubić polskich polityków w mniej niż 3.5 minuty.

Nie mają Czesi szczęścia do prezydentów...



Jak nie Zeman, pijak: 



Kolano naszego Olka to pikuś w porównaniu z ciągiem nowo wybranego szefa Republiki. Ciężko wymyślić puentę śmieszniejszą od tej kompilacji. 
Choć tak naprawdę zabawne to nie jest... Tych filmów na youtubie są setki. Z różnych okazji, okoliczności i garnitury się zmieniają, bania pana prezydenta nie.


To Klaus, złodziej:





Ten uśmiech radości na twarzy prezydenta gdy schował pióro do kieszeni...
Rozbrajający. Smaczku nadaje fakt, że po czesku pero to... powiedzmy sobie jasno: čůrák.
Śmiali się przez łzy, że Klaus widocznie musiał ukraść to pero.
Przecież musiał wiedzieć, że jest filmowany... I, że dostanie to pióro. O co kaman? Tylko Klaus to wie.
Przypomina mi się historia gdy pewnego dnia rano zeszłam do garażu by, jak co dzień, wziąć rower i pojechać do pracy a roweru ni ma... W naszym budynku jest ochrona, udaję się więc do nich. Z typowo kelnerską bezczelnością mówi mi Pan Ochroniarz, że pewnie sąsiad wsadził do bagażnika i odjechał. Patrzę na niego jak na idiotę, dookoła takie auta, że ja z moją małą hondą wydaję się być panią, która przyjechała umyć te fury żeby w słońcu lepiej lśniły. Albo i nie, bo są i matowe. Zaczynam wyobrażać sobie sąsiada, który pakuje 15letni rower po mojej rodzicielce do merola i z piskiem opon odjeżdża śmiejąc się szatańsko.  Z drugiej strony, patrząc na Klausa, wszystko jest możliwe. It's a wild world, baby! Skoro prezydenci kradną pióra, to sąsiedzi mogą kraść stare rowery.... Kto bogatemu zabroni!
Nie mam siły i czasu się kłócić, mówię mu, że mają przecież zapis video. Świńskim truchtem  biegnę w dół Holeckovej na tramwaj. Po pracy idę zgłosić fakt na policję, żyjemy przecież w państwie prawa. A przykład idzie z góry...
Po miłej, acz bezcelowej wizycie wracam do domu. A tam niespodzianka: czeka na mnie Pan Szef firmy ochroniarskiej. Z chytrym błyskiem w oku daje mi kopertę z rekompensatą. I oślizgle przeprasza za niedopatrzenie. W szoku biorę, co mam zrobić, rower nieubezpieczony, lepsza koperta z równowartością hulajnogi od Piskorza niż duma w tramwaju bez kasy. 
Po dwóch dniach wyjaśnia się szczodrość. Na rowerze mojej matki o 7 rano przez otwarte na oścież drzwi garażu nie wyjechał sąsiad, ani Cygan, którego oskarżali policjanci, wyjechał pan strażnik z nocnej szychty. Pomyślałam wtedy, że taki debil trafia się raz na milion, przecież wiedział, że są tam kamery. 
Okazało się, że w Czechach jest ich więcej.

A na koniec spici Karel Schwarzenberg gdy musi słuchać Prezydenta Elekta. Prześmieszne!
 Czeski film się chowa!

wtorek, 21 maja 2013

Anioły i Alieny...

Czasami warto podnieść głowę by zobaczyć:

Anioły, które schroniły się przed słońcem, lub nadmiernie wymagającymi ludźmi...
A może to orły...?



Bobaski brudne po zabawie w piaskownicy:



Kobiety w pracy...



Oraz parę niepokojących istot...




niedziela, 19 maja 2013

Niedziela będzie dla nas



Piękny dzień, piękna pogoda i super wystawa. http://neviditelna.cz/en/

Nie weszłam z Bułeczką, chyba byłby dla niej hard core, ponad godzina po ciemku i czeski dookoła. Czekałam z Matką Wandzi na pięknym dziedzińcu, podczas gdy nasze dzieci sprzedałyśmy, trochę na krzywy ryj, najsympatyczniejszej polsko-czeskiej rodzince. Podobno było niesamowicie.


Zacytuję maminkę:

- Ciemność absolutna. 

Na ponad godzinę przenieśli się w codzienny świat niewidomych. Byli w domu,  dotykali sprzętów, nawet ubikację zaliczyli. Potem na ulicy; w barze zamówili sobie kawkę; w lesie, przeskakiwali przez prawdziwy strumyk. 
 

Przewodnikiem była niewidoma od urodzenia dziewczyna, która na początku wizyty nadała im numerki i kolejno pytała o imiona:

-  Numer jeden?

- Jola

- Numer dwa?

- Gaja

- Numer trzy

- Nie wiem – krzyknęła Ania i zwiała z wystawy. 
 Rozumiem ją, chyba też bym nie dała rady. Bułeczka była tylko wymówką. 
 

Duża okazała się odwagą i dobrym uchem, Rozpoznawała podobno bezbłędnie różne dźwięki, łącznie, z pewnym miłym zwierzątkiem, które tutaj jest obelgą. Ale, kto tam Czechów zrozumie, że nasza świnia to ich prase, a ich świnia to po prostu kanalia. I krzyknęła radośnie, że to świnia, a wszyscy w śmiech. Pewnie, nie po raz pierwszy pomyślała sobie, że dziwni ci  Czesi...

Ogólnie była zachwycona, jestem pod wrażeniem jej stalowych nerwów. Zresztą wszyscy wyszli pełni podziwu dla niewidomych, których w Pradze, widać! Respect.


Z rzeczy polecanych, to muszę wspomnieć o nowej restauracji przy Detskym Ostrovie:


W końcu ktoś się za nią wziął. Zniknęły sieci rybackie, pirackie kapelusze, niemili kelnerzy i podłe żarcie. Są szynki hiszpańskie, pachnące tapas, piękne azulejos i pyszna zupa pomidorowa. I piwnica win z klimatyzacją. Nie wspominając o, bezsprzecznie, najlepszym, latte w Pradze. Ceny, bardziej niż przyzwoite. Jednym słowem: it’s a must! Pantery, idziemy nam na pewno!

P.S. Blogger świruje i nie ładuje zdjęć... Akurat w temacie.

sobota, 18 maja 2013

Sport sport sport - post wczorajszy, posteponed

 

Kocham Czechów za wiele rzeczy, jedną z nich jest wszechstronne usportowienie.  I, nie nasze polskie, kanapowe, skąd trenujemy reprezentację piłki nożnej, lecz to aktywne, gdzie ćwiczy  się więcej niż mięśnie języka.  Sportuje każdy, choć może to być jazda kilometr na piwko. Od małego. Po prostu zamiast piva biorą kofolę (czeską polokoktę)  z tatinkiem. A na nartach jeżdzą dzieci w pieluchach. Szok! Nie gadają o sporcie, uprawiają go. A piłkę nożną tylko lubią, nie ma psychofanów...
Nieźle dostaliśmy w tyłek rok temu w czerwcu. A miało być tak pięknie...
Poszliśmy wtedy na Staromak, gdzie Polski Instytut zrobił event, ustawili telebimy i zaprosili wszystkich do sportowej zabawy. Umówmy się, tamtego wieczoru dobrze bawili się tylko Czesi. 


I dzieci: 





Ale ogólnie fusbal nie jest ich sportem narodowym. Liczy się tylko HOKEJ! Gdyby w Polsce był odpowiedni klimat, może też byśmy w to hrali... Ale u nas na plażach trudno o lód... 


 Dziś żałoba , przegrali. 




Nic jsme tady nedokázali, nikdo z nás nemůže být spokojený, přiznává Plekanec.

Kapitan reprezentacji nie obwinia zbyt zimnego lodu, czy nie zamkniętego dachu. Bierze to na klatę.  Gdy Czesi grają z Rosją, zrezygnowani managerowie, wiedzą, ze lepiej udostępnić pracownikom TV. I tak będą oglądać na necie, więc lepiej udać management z friendly face. Plekanec, swoją drogą, to wielka hvězda, nie tylko hokeja. Taki trochę celebrity z daleka, gdyż na co dzień gra w Kanadzie. W 2011 wziął ślub z Lucią Vondrackovą. Też piosenkarką, ale bratanicą tej od dzbanków. Aż tak się nie ostrzykała... Tacy czescy Beckhamowie. Grr!


No, i jak zwykle, nie zdążyłam opisać połowy tego, co chciałam. To be continued!