piątek, 10 maja 2013

Zwierz okiem Choze Zdvihalů, kolegi z pracy...



Różowa brygada...




Kociaki...




Sekcja zimowa...


 

Moje alter ego...




Ojciec dyrektor:




 I ostatnia bestyjka w locie:





DIK PEPO ZA FOTKY!


piątek, 3 maja 2013

Pepiku, jaký jsi?



Gdybym miała opisać przeciętnego Czecha, to nie widziałabym z której strony ugryźć temat. Bo niby łatwo: pogodny, ani ładny, ani brzydki. Trochę zniewieściały przez nadmiar piwa. Nie skupiony na ubraniu, ani na pracy, lubiący sport i piwo. Polonia lubi mówić jacy ci Czesi toporni w pracy. I trochę w tym prawdy, żaden ze znanych mi Czechów prochu nie wymyślił, ale…
Skoro tacy bez inwencji, to czemu odskoczyli tak mocno od Polski przez ostatnie 20 lat? Czemu mają autostrady?  I płatny wychowawczy?
Znajomi Prażanie mówią, że  Polacy to bardziej Rosjanie, a oni Niemcy. Myślałam, nigdy nam nie darują tego 68… Ale, po paru latach refleksji doszłam do wniosku, że coś w tym jest…. My i nasza duuuuuuuuuuuusza…. Boląca. 
W Czechach zrywów duszy nie ma, za to jest porządek. W czeskich obejściach na prowincji są kwiatki i tynk na domach, u nas, od Częstochowy w górę, królują stare pralki i polonez szwagra. Czech odpracuje swoje w pracy. Swoje. Nie cudze. Ale swoje zrobi. I ceni sobie nade wszystko święty spokój! 
Jedermann nie istnieje, ale typický Čech nie wtrynia nosa w nie swoje sprawy, nie narzuca nikomu jak ma żyć. Trąci obojętnością? Przecież Polacy też życzliwi są  jedynie w serialach.
I byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie dodała, że Czesi, choć prochu nie wymyślili to wynaleźli parę innych użytecznych rzeczy, jak szkła kontaktowe, cukier w kostkach,
rozdzielili grupy krwi i odkryli, że linie papilarne są naszą wizytówką. Że nie wspomnę o śrubie okrętowej (jasna sprawa w kraju bez dostępu do morza), znaku wodnym, chirurgii plastycznej i fotografii kolorowej. Nieźle jak na mały kraj z ludźmi, o tyle mniej kreatywnymi od super Polaków.
P.S. Przeciętny Czech zarabia na piwo w niecałe 7 minut
P.S. A czeska sztuka nowoczesna.... to dopiero temat!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kawiarenki... la la la... Kawiarenki…





Zaletą mieszkania w Pradze jest możliwość wyboru where to go for coffee z marszu.  Zawsze jest coś fajnego za rogiem. Mam parę ulubionych, może komuś się przyda, gdy odwiedzi boską Prahę. Trzeba wiedzieć, że Czechy to nie Hiszpania. Kawa za 1 Euro neexistuje. Jest prawie dwa razy droższa niż piwo. How bizzare, how bizzare...
Warta grzechu jest Slavia, naprzeciwko Národní divadlo.  Otworzona w 1884! roku, stworzona dla divaków i odwiedzana przez ludzi kultury. Niby nasza Jama Michalika, ale nie do końca. Duża, przeszklona, z panoramą na Teatr Narodowy właśnie, Most Karola i Hradczany. Podobno może pomieścić prawie 700 osób… Chadzali tu  Bedřich Smetana,  Karel Teige, Karel Čapek, Josef Čapek, no, a potem Vašek Havel.   Intelektualizujący klimat czuć do dziś. Kłęby dymu, tak, tak w Czechach wciąż wolno, unoszą się do wysokiego, pięknego sufitu, pan klavírista brzdęka na fortepianie co wieczór. Jedzenie dobre, w ciągu dnia, jest niedrogie lunch menu, piwo też jest. Drogie, dla turystów. Slavia trochę snobuje, w Slavii się nie pije, w Slavii się pija. Wino i sekt (mój ulubiony czeski szampan). Pantery powinny pamiętać szampana o 13, ale, z drugiej strony, kto wie, co pamiętają Pantery po wyjeździe do Pragi. Chyba adres, gdyby się zgubiły na mieście i zawody w skokach wzwyż o 4 rano, reszty chyba nie bardzo...


Slavia is a must! Tanio nie jest, ale kelnerzy też nie są typowo prascy, nie wmawiają ci, że zamówiłeś, to, co właśnie mają ochotę podać. A luksus kosztuje.


W Slavii lubię psychodeliczne kafle i obraz o swojskim tytule: Piják absintu autorstwa Viktora Olivy.





Wspomniałam już kiedyś czekoladarnię, gdzie można spotkać Nelly Rokitę. Jedna z nielicznych miejsc bez dymka w Pradze. Mówią o sobie, że to rodzinna cafe, ale ich Detsky koutek, to dwa misie pani właścicielki z dzieciństwa. A młoda nie jest. W choco cafe można też kupić kawę i czekolady z fair trade s sebou. Miło, polecam.



Napisałam też już parę słów o Grand Orient Cafe. Podobno jedyna na świecie kawiarnia kubistyczna. Kocham. Nie dla dzieci i nie dla leniuszków. Znajduje się na pierwszym piętrze bez windy. Tzn. winda jest. Z napisem Jedynie dla personelu.


No, to zakończmy tę snobistyczną wycieczkę w ulubionej przez expatów Cafe Savoy na Malej Stranie.
Wspaniałe wnętrze, dobre, delikatne wypieki. Własna winiarnia w piwnicach. Specjalizuje się w śniadaniach. Droga. Ale warto! I tylko parę kroków od mojego domu. Wczoraj byłam na cappuccino i babeczkach z fajną babeczką, zresztą!

Do wszystkich tych miejsc zresztą dojdę na piechotę…. Och, Prago! Dlaczego Cię muszę opuścić!

Tyle innych, wspaniałych miejsc: wyspa Zofin z wspaniałym placem zabaw, cudne miejsca na brzegu Wełtawy, czy mała brazylijska kawiarnia przylepiona do Svandovego Divadla za rogiem mojej ulicy. Za dużo by wszystkie opisać, ale polecam rajd po kawiarniach! W Polsce trochę łyso na tym polu.  A co słychać w Bukareszcie? Chyba tylko skowyt psów…

P.S. Zdjęcia pochodzą ze stron kawiarni i dlatego są puste. Na ogół wszystkie te miejsca są przepełnione i nieraz trzeba było szukać dalej. Zdjęcia Vaclava Havla opisane przez autora. Nie, nie mnie...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Mój Smichov








Od początku pobytu w Pradze mieszkamy na Smichovie. Droga do naszego mieszkanka była kręta, wyboista i po górę. Kto był, ten wie...
Bank Najlepszego Męża Świata posiada niekolik kamienic w centrum boskiej Prahy i bardzo, bardzo chciał nas  w jednej z nich ulokować. Nie, żeby było z nimi coś nie tak, jen to po prostu nie było ono!

Bo choć kuszono nas tu:
i do paru innych, podobnych, pozostaliśmy twardzi. Ne, ne!. Parę lat wcześniej  bylibyśmy zachwyceni. Kto by nie był. Ale o prehistorii bez Ogona, nie ma co myśleć. Jeszcze by człowieka refleksje naszły... Do tych kamienic po prostu nie pasuje  związany z Ogonem sprzęt, typu wózek, rowerek, kaczkowóz, hulajnoga, i te inne, bezwzględnie konieczne do wychowania. Choć była winda, szumnie nazwana trzyosobową. Nie wątpię, że  zmieściliby się w niej Mędrek, Gburek i Apsik, ale ludzie naszego formatu na pewno nie. Poza tym w ścisłym centrum nie ma ani kawałka zielonego. Bruk i kamień. Hezke, ale Ogony potrzebują czegoś więcej. I tak znaleźliśmy Smichov. Druga strona rzeki, niepopularny wśród expatów, pławiących się w luksusowym powiewie Vinohrad. Trochę zaniedbany, niezabudowany w kancik, ale z duszą. Dla koneserów. Kiedyś przemysłowy,
dziś już tylko ilość tanich hospod przypomina o czasach, gdy robotnicy musieli gardełko przemyć po dniówce przy taśmie. Został tylko Staropramen.
Jest tu normalne życie, nieturystyczne, pełne dzieci śpieszących się do szkoły i sklepów, gdzie kupuję codziennie rohliki. Są wypasione place zabaw, w tym Wyspa Dziecięca, cała pro deti. Zacieniona, z wodą, prysznicami. Dla dzieci wszystkich wzorów i kolorów, od paru miesięcy do matury. Chlipię w rękaw myśląc, że Bułeczce nie będzie dane...
Smichov to również najlepsze w Pradze centrum handlowe.  Kupa restauracji i barów i przede wszystkim: RZEKA 
Oj, Smichovie, ale ja będę tęsknić!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

Hroch Slavek, hipopotam roku 2002

W roku 2002 Pragę zalało. Again. Tym razem jednak odbudowa była szybsza dzięki Unii. Każdy korzysta, nie każdy widzi... Do tej pory nie rozumiem jak, ale zalało również Zoo, które położone jest na wzgórzu, na tyle dużym by pośrodku ustawiono, jakby specjalnie dla dwóch członków mojej rodziny,  kolejkę linową wożącą  w górę. Tydzień temu w ZOO było ponad 11 tysięcy ludzi w jednym czasie, jednym z bajerów, o których nie wspomniałam wcześniej jest licznik odwiedzających. Zwierzęta musiały mieć dość. W gazetach o tym pisano. My, nie frajerzy, poczekaliśmy tydzień, niech się tłumy przewalą. Dziś na liczniku ponad 12... Dziś każdy biegł zobaczyć nowy dom hipciów i Sławka. Symbolu powodzi.
Była to podobno największa akcja ratunkowa w historii światowych ogrodów zoologicznych. Musiano ewakuować ponad tysiąc zwierząt. 134 nie przeżyły. Nie wszystkie się utopiły, niektóre padły ze stresu, już po ewakuacji, a niektóre, jak np. ponad 10 tonowego słonia Kadira uśpiono zastrzykiem, bo pływał w zalanym wybiegu bez szansy na odpoczynek.
Gdyby wypłynął poza ogrodzenie stałby się niebezpieczny dla ludzi. Choć nie wydaje się, by mógł wypłynąć. Ten sam los spotkał hipopotama Lentilka. Pływał już sobie w rzece. Gdyby zgłodniał w okolicach Kralup i wyszedł na brzeg, zbierający akurat żniwa rolnik na bank spadłby z traktora na jego widok i obiecał sobie, że koniec ze śliwowicą. Tragiczny dzień w historii Zoo, choć dla ogółu zwierząt wyszedł na dobre. Teraz wszystko mają nowe...  Być tam tego dnia i móc widzieć naćpane uspokajaczami goryle pływające pontonami, lub lwa morskiego Gastona, który zatrzymał się dopiero w Niemczech, bezcenne! Czechy nie były jeszcze w strefie Schengen i wpadł na granicy.
Niestety Gaston wyczerpany wysiłkiem próbę nielegalnej emigracji przypłacił życiem , za to na jego cześć zorganizowany został maraton pływacki by uczcić dziesięciolecie jego wyczynu. 


Czy ja już pisałam, że kocham ten kraj?
A Sławek? Sławek został w zalanym pawilonie, do którego nie dało się dotrzeć. Spisano go na straty, gdyż woda sięgała pierwszego piętra, a hipcie, wiadomo, mieszkały na parterze. Ale Sławciowi śmierć nie była w głowie. Nikt nie wie jak zrobił, co zrobił, ale znaleziono go na pierwszym piętrze słoniarni, gdzie wybił okno, żeby mieć więcej luftu, i z cygaretem pewnie, czekał cierpliwie, aż ktoś w końcu przyjdzie z żarciem. 
Musiał poczekać aż woda opadnie, i jako, że sztuki powrotu nie chciał już dokonać, zszedł niczym gwiazda filmowa po specjalnie wybudowanym podeście w błysku fleszy, dwa dni później. Sławek, you are the man!

A od tygodnia ma nowy dom, w którym W OGÓLE nie czuć hipopotamów, i stojąc za wielką szybą widzi się jak dokazują w wodzie lekko nawigując swoimi cielskami. Mieszka tam z Maruszką, z którą w zgodzie doczekał się pięciorga Sławiątek. http://www.zoopraha.cz/cs/seznamte-se/novinky/hroch-obojzivelny-slavek