Dziś nikomu nieznany pan Otakar Březina złapał spadającego z okna trzylatka. Zobaczył chłopca w oknie drugiego piętra i niczym sarna przeskoczył płot by złapać go w locie. Bohaterem się nie rodzisz, bohaterem się stajesz. Dobrze się czyta takie wiadomości, mimo, że rodzi się pytanie, co ten brzdąc tam robił?
Tymczasem w Pradze wiosna na całego, pojutrze podobno 21, jutro 18. Konečně, jak to mówią tubylcy. Teraz czekamy, aż zakwitnie Petřin!
Najlepszy Mąż Świata spędził cały dzień na turnieju siatkówki http://www.byrokratcup.cz/ (jako gracz!) i, o dziwo, przyszedł do domu bez wyraźnych uszkodzeń ciała. Dzień cudów w Republice Czeskiej! Mówimy o człowieku, który dwa tygodnie temu czołowo zderzył się ze ścianą w garażu podziemnym swojej pracy. Mur musiano przemalować. Trudno, zdarza się, tylko, że on nie był wtedy w aucie... Teraz na zdjęciach nie widać pierwszej sukienki Bułeczki czy jej nowej umiejętności, sięgania po zabawkę w pozycji leżącej. Widać jedynie rozbitą japę NMŚ. Zważywszy, że troje zawodników odniosło dziś poważne kontuzje, jestem z niego bardzo dumna.
I byłby piękny dzień, gdyby nie śmierć mojego Dziadka. Żył 95 lat, widocznie stwierdził, że ma dosyć. Nie zapomnimy Cię, Dziadku! Szerokiej drogi!
Ostatnie 100 dni w Pradze. Opuścić swoje miejsce na świecie z podniesioną głową. Blog o Pradze, Czechach i pożegnaniu z nimi.
sobota, 13 kwietnia 2013
piątek, 12 kwietnia 2013
czwartek, 11 kwietnia 2013
Miminko v dupačkach
Najlepszy Mąż Świata narzeka, że Czesi
nie mówią Dobrý den. Fakt, obcym
raczej nie mówią. A może tylko Pražácy? Fasadą, za którą się chowają, udając, że są mili, są formy, pan, pani i oczywiście tituly… Na tym punkcie mają hopla. Hoplečka. Czasami
ma się wrażenie, że politechniczne mafie opanowują praski rynek nieruchomości. Same
inżeniery na dzwonkach. Tytuły są wszędzie, na domofonach, kartach
wiernościowych, reklamach, karcie ciążowej, po zalogowaniu się na własne konto bankowe.
W każdym formularzu pytają to mówię, mam więc kartę do drogerii z tytułem
magistra. Jestem nim również na deklaracji podatkowej, (przecież nie napiszę na
PICIE), sklepie ze zdrową żywnością gdy zamawiam jaja i w kolejce do lekarza. Podobno
pensję też mam wyższą o jedną literę alfabetu. Chyba M, jak Mało.
Czyli Ruska, bo Ruska, ale magister! Od
razu są milsi.
Zastanawiałam się nad profesorem na karcie
do rzeźnika…
Po wstępnym uśmiechu i przełamaniu lodów na widok magistra, wzrok pada na nazwisko bez –ova i nić sympatii pryska. Nie dają
rady, muszą przynajmniej ostatnie a przedłużyć. A potem nie mogą mnie znaleźć w
komputerze bo mówię im – ska, a oni szukają – ská. Albo na odwrót. Bezmyślność
Czechów w pracy jest wręcz legendarna wśród mieszkających tu Polaków, którzy, wiadomo
nie od dziś, są od Czechów lepsi. We wszystkim.
Jedynie nie w wołaczu…
- Majo,
můžu vás poprosit- i miękną
mi kolana.
Ondro, Karle,
Vendulko, Kačko, Mišo, Pepo (to do faceta of course), no, żyć nie umierać!
Kača, Miša, Sonia i Majuška to postaci niefikcyjne... Dobrze żyją i piwko piją.
- Jiříku, poď sem!
- Honziku, co
jsem ti říkala – słyszę na placach zabaw i uśmiecham się wesoło patrząc w
niebo.
Lubię też gdy
pediatra mówi mi:
- Tak, maminko
ukażte svoji miminko.
A miminko w
dupačkach łypie na niego złym okiem czy mu przypadkiem čipka nie zapoda.
P. S. A
tymczasem Czeski Urząd Statystyczny podał właśnie, że jest już 10 516 125 Czechów,
w tym 295 627 Honzików (dane z
roku 2009), ale na moje oko ich przybyło.
P. S. 2 Moja ulica ciąg dalszy:
środa, 10 kwietnia 2013
Prawie o mazlikach
Chciałam napisać o Czechach i ich stosunku
do zwierząt, który jest dużo lepszy niż, na przykład do cudzoziemców, ale będzie
z ostatniej chwili: WIOSNA PRZYSZŁA. A z wiosną, karteczka o liście poleconym.
Odkąd tu mieszkam nie miałam przyjemności poznać pan listonosza. Zawsze uda mu się mnie nie
zastać, nawet gdy siedzę w domu i we łzach go czekam i trwodze. Czasami w ogóle
idzie na całość i zostawia nam jedynie POWTÓRNE zawiadomienie o poleconym. Co
będzie dwa razy chodził….
Mam więc cel spaceru z Bułeczką: Česka
Pošta. Instytucja nie różni się zasadniczo od polskiej. Dwa ogonki i 5 pań
za pultem z napisem: radi vás obslúžime
vedle…
Ogonki kurczą się szybko. Dzięki bogu, Czesi płacą rachunki przez Internet. I w
okienku pani tez ma komputer! Choć, gdy chcę potwierdzenie nadania paczki, pani
patrzy na mnie vlkem i mówi, że skoro nie chciałam paczki poleconej, to nie mam
żadnej gwarancji, że paczka dojdzie i potwierdzenia nie będzie. Aha… Mimo to dochodzą. I to migiem. Gdy wysyłam parę rzeczy naraz, paczka
zawsze jest pierwsza. Magic! Wprawdzie pajacyk z marcowej paczki miał złamaną
nogę, ale może w ramach cięcia kosztów listonosz kazał mu biec. Podobno i bez nogi bawi, kogo miał bawić.
Na pocztę idę parkiem. Wyciągam aparat, z którym rzadko się teraz
rozstaję. Udokumentuję drogę na pocztę, a co! Kto bogatemu zabroni…
Góry i doliny, pot
ścieka pod puchówką, z każdym krokiem wózek coraz cięższy!
Dam radę bo wszędzie czuć wiosnę! Ptaki świergolą, Bułeczka podskakuje
na kocich łbach nie mogąc zasnąć. Teraz naprawdę dociera do mnie piękno tej dzielnicy.
Bije dwunasta, trzeba przestać bawić się w ornitologa i włączyć drugi bieg. Bułeczka ma wyskoczyć z wózka, ale muszę zdążyć. Dochodzę do okienka, daję pani karteczkę i
co widzę: list z Ecco. Wow, wysłali ten bon. Bomba, myślę! Wychodzę, staję by natychmiast zrobić zdjęcie. I wyobrażam sobie, jak wejdę na hrabinę i każę się obsłużyć pani krowie, po czym zapłacę bonem. W wyśmienitym humorze, bo i wiosna, i polecony nie z Zus-u, robię szybkie zakupy i lecę po Dużą do szkoły. List układam na zakupach w dole wózka, przecież nie może się pogiąć. Hrabiny nie mną. Jestem na czas!
Duża, z genem dentystycznym buzującym we krwi wychodzi z szerokim uśmiechem bo wyrwała sobie kolejny ząb. Tym razem piątkę. Ciarki mnie przechodzą, gdy radośnie pokazuje stronę z plombą, stronę, która błyszczy jak perły i tę z krwią. Gen musiał mnie ominąć szerokim łukiem.
Za to Dużej, to małe wyrywanko zaostrzyło apetyt, mówię, że może sobie banana z koszyka w wózku wyciągnąć, tylko, że ma uważać na list.
- Jaki list? - pyta kucając.
Koperty nie ma, musiała wypaść po drodze. Słyszę chichot łasicy.
wtorek, 9 kwietnia 2013
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Back to black
Nie muszę patrzeć w kalendarz by wiedzieć,
że minęło 6 lat. Nie rozmawiam z nikim, wiem, kto czuje to samo. Tego dnia moje serce
umarło i nie żyło przez półtorej roku. W
sercu czułam tylko czerń. Nie wiem, jak można czuć kolor. Czy to w ogóle możliwe? Musi być,
bo ja czułam. Zastanawiałam się wtedy, czy dziecko kocham. Nawet
miłości matczynej nie było. Nic nie było, oprócz czerni. Wydawałoby się, że z tej pustki nie można
wyjść. Ja wyszłam. Szalałam. Ale wyszłam.
Ból po śmierci osoby, którą kochasz jest
bólem bóli. Kochasz, a jego nie ma. Nie wróci. Co się dzieje z tą miłością?
Miłość nie umiera. Ustawiłabym ją w kolejce za nadzieją. Sześć lat temu zmarł
mój brat. Wyszedł na narty i nie wrócił. My kochamy nadal, tylko jego nie ma.
Czułam wtedy, że miłość umarła, choć to nieprawda. To my umarliśmy, choć jednak
żyjemy.
Nienawidzę pożegnań. Nawet tych na krótko,
zawsze się boję, że to na zawsze.
Płakałam gdy odszedł stróż naszego domu. Dobry
człowiek. Chciałabym już nigdy z nikim się nie żegnać. Szczególnie z tymi
dobrymi, choć złych w moim życiu już nie ma. Nie daję im swojego czasu.
Po paru latach miłość wróciła. Podszyta na zawsze strachem o życie kochanej osoby. Nie
jest ładną miłością, o której czytam tu i tam. Strach i miłość. Zawsze razem.
Strach ma się świetnie bez miłości, miłość bez strachu nie daje rady. Nie ma
miłości bez strachu. Nie, po doświadczeniu śmierci. Nie boję się strachu,
oswajam go. Jest on, i jest miłość.
Kocham tak wielu ludzi, łatwiej, niż wcześniej
przywiązuję się do nich. Doceniam, że są. Nawet gdy przyjdzie mi się z nimi
rozstać, mogę im dobrze życzyć. Wyobrażać jak się mają i jak rosną ich dzieci.
Jego widzę jedynie takim, jaki był, nie ma
dla niego przyszłości, nie zestarzeje się, nie zachoruje. Tak boleśnie się
kocha nieobecnych.
Podobno mój dziadek szykuje się do drogi.
Ucałuj go ode mnie, jeśli go spotkasz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









